Od czwartku w mieście

Poniedziałek, 27.08.2018

Już od czwartku w mieście. Za księżyc służą mrugające kontury reklam, a za powietrze smród smażonej jajecznicy wydobywający się z pudełkowych lokali. W kraju dewastują sądy i edukację niepełnosprawnych. Adrenalina skacze w górę i zmusza do działania: szkoła, zakupy, zeszyty, książki, długopisy zmazywalne… a może już niezmazywalne.

Szambo wybija. Ale to dopiero początek wakacyjnego łańcuszka atrakcji.

Janek ledwo powłóczy nogami. Za nieżytem przywlokło się zapalenie dziąseł, a na koniec jeszcze kręgosłup. Rehabilitant niewiele pomógł. Udało się wyskoczyć na tydzień nad morze – ale na znieczulaczach. Tydzień to stanowczo za mało i zamiast odpocząć – zmęczyliśmy się „bieganiem” za chłopcami. Organizm upomniał się o swoje. Udawaliśmy przed nimi, że wszystko jest ok. Podziałało. Wrócił nieżyt po Ibupromie.

Na bagnach awaria szamba pokrzyżowała mi ostatni spokojny tydzień. Jestem w tym śmierdzącym mieście i wykonuję zadania za wszystkich zamiast gapić się na loft z ptakami na bagnach. Janek nie opuścił ani jednego dnia pracy pomimo motoryki dużej przypominającej ruchy zepsutego robota. (A marzył nam się Paryż w tym roku). Gdy go nie ma  – nie płacą. U mnie nie płacą, bo mają focha od 3 miesięcy bez uprzedzenia. Tak się kończą interesy rodzinne, za dużo twarzy w korycie a moja twarz jak zwykle nie pasuje do oczekiwań i nie potrafi lizać jak reszta ręki, która karmi.

Piotrek wyszedł z kolegami. Jest zadowolony i to się liczy. Stasiek ma nowych kumpli na steamie i nie zamierza wychodzić na zewnątrz, no chyba, że po chipsy…

Udało mi się ogarnąć szkołę. Paczka z książkami już idzie. Zeszyty i długopisy przynieśliśmy z Piotrkiem z biedry, ogarnęliśmy domowe kwadraty. Jeszcze tylko białe koszule i już. Od września zacznie się jazda. Jak Janek nie wyzdrowieje znajdziemy się w przysłowiowej dupie. Ale nie czuję już strachu jak wcześniej. Chociaż stara działka niewykoszona a na bagnach trzeba wkopać nowe szambo… (A wpływy topnieją). Byliśmy już w większym bagnie, zwłaszcza jak chorowały dzieci…

W zasadzie niewiele już odczuwam. Jestem tylko zadaniowcem unoszącym się na falach nowych projektów przeważnie naprawczych. Dla mnie nie ma już nadziei – ale jak zmieni się koniunktura – uda się uratować chłopców – usamodzielnić. może, tak się pocieszam. Czas się wziąć za coś naprawdę nowego… Coś wymyślimy, jak zawsze. Na razie szkoła.

Stasiek właśnie krzyczy do mnie zza drzwi, że idzie z kumplemz kompa na pizzę, składają się prestiżowo po 15 zeta i …

Będzie dobrze.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s