Wolna niedziela

Poniedziałek, 12.03.2018

Wolna niedziela jest wtedy kiedy nie musisz wyskakiwać z łóżka jak poparzony. Wolna niedziela jest wtedy kiedy nie spada ci na głowę grad myśli, które po minucie zamieniają się w węże.

Organizacja, tasowanie i zarządzanie mikrochwilami stało się moim sportem narodowym. Więc weekend spędziliśmy na bagnach. Jednak musiałam zderzyć się z faktem, że przepiękne okoliczności przyrody nie są równie atrakcyjne dla Piotrka, który od początku bez ogródek wyrażał swoje niezadowolenie.

– Mogłem być z kumplami na działce! Nienawidzę cię!

Ale Piotrek nigdy nie jest zadowolony a jego negatywne uwagi stały się normą. Jest typowym nastolatkiem w skórze nietypowego – co czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym

– Teraz się pomęczysz, żeby mamusia z tatusiem mogli odpocząć. Za tydzień pójdziesz sobie do swojego klubu działkowca. Kompromis kolego. Ucz się, naginać do innych. Potraktuj to jak lekcję.

– Nienawidzę was! Nie pójdę na żadne spacerki do lasu. Nie licz na mnie! Będę tylko grał i grał… I kupię sobie nie dwie ale cztery paczki chipsów! … i colę!

Po drodze musimy wstąpić na zakupy.

Dobrze, że chociaż Stasiek nie miał wyrobionego zdania na temat wyjazdu. Dla niego istotną kwestią jest tylko to czy zabierzemy komputery i jak szybko je podłączymy po przyjeździe. Nie sprawiał problemów. W zasadzie był spokojny jak nigdy. Wiem, że z wiekiem bardziej polubił te wypady. Już dawno nie histeryzował. Odpukać.

Zabraliśmy, komputery, ciepłe ciuchy, i nieszczęsne W pustyni i w puszczy. Myślałam, że zdążę mu przeczytać już w sobotę – niestety. W bagiennej ciszy zasypia się dużo szybciej niż w miejskim zgiełku.

W niedzielę przez moment czułam to co normalni ludzie nazywają zrelaksowaniem. Cała sobota w lesie i na bagnach. W samotności tylko z ptakami i sarnami. Niestety już po godzinie 17.00 włączyły mi się węże. Pakowanie, krzyki, kable, ładowarki, brudne z błota ciuchy i do domu!

Po powrocie zaczęliśmy przyzwoicie – od 19.00. Najpierw podłączyć komputery. Później lekcje. Piotrek już ma wprawę po tylu powrotach więc idzie sprawnie jak w orkiestrze, każdy ma swoje zadanie. Na koniec zwykle ja mam zadania, których ktoś nie wykonał, ale to już syndrom matki Polki z tą różnicą, że mój rodzaj owej matki ma defekt – przy robocie drze się i klnie –  proporcjonalnie do zmęczenia.

Najpierw Piotrek: Projekt na poniedziałek z geografii czy z przedsiębiorczości – nieważne; – działalność gospodarcza,  wymyślić zakład produkujący coś, lokalizacja, kapitał założycielski, warsztat, media, konkurencja, warunki lokalne, pracownicy zarządzanie itd. Praca na dużej kartce – chyba, nigdy nie znamy szczegółów takich prac, więc improwizujemy jak zawsze. Praca na godzinę przeciąga się do półtorej – Piotrek pisze ja dyktuję – jak to dobrze, że wybrałam ekonomię a nie pedagogikę! W tym czasie Janek ze Staśkiem piszą w Wordzie list pochwalny dla laureata nagrody Orderu Uśmiechu…

Skończyłam z Piotrkiem – yesss! Janek ze Staśkiem wypocili cztery zdania – Ileż można dziękować, za co, i o czym do cholery! Wysłałam Janka do robienia kolacji i zabrałam się za list. Piotrek jeszcze nie je, musi przeczytać angielski i WOK. Jakby zaczął jeść mielił by przez pół godziny – nie stać nas na takie marnotrawienie czasu.  Siedzi wściekły na kanapie i czyta na głos angielski (po cichu nie zapamiętuje), później biologia – na szczęście mało bo był sprawdzian. Kończy około 22.00 i zaczyna się pakować. W przerwie razem z Jankiem drukują mi dwa egzemplarze dokończonego listu dla Staśka. Stasiek w tym czasie czytał coś z angielskiego – mam nadzieję, że nie zabaniaczy w poniedziałek z czegoś innego. Czyta na głos jeszcze raz list i zaczyna się pakować. Rozkłada łóżko. Nie histeryzuje. Ostatnio coraz z nim lepiej…

Janek czegoś zapomniał i jedzie na zakupy na stację benzynową. Zabiera ze sobą Piotrka. My ze Staśkiem zajmujemy wygodną pozycję w łóżku i czytamy lekturę. Ja czytam  – on słucha. Zostały cztery rozdziały. Szkoda, że nie udało nam się zacząć godzinę wcześniej. Czytam, czytam, czytam. Stasiek musi siedzieć, żeby nie zasnąć. Jest dobrze nie zasypia, końcówka się rozkręca, więc wytrzymuje do endu. Zuch! Bolą mnie policzki i gardło. Zegar pokazuje pierwszą w nocy. Dzięki Bogu dzieci odnalazły się! Dzięki sobie, nie będę musiała już tego czytać jutro… Janek coś mówi – ale mi się kręci w głowie. Spoglądam na Staśka, który, kładąc się zasnął w półobrocie. Piotrek krzyczy za mną, że jak leżałam ze Staśkiem to muszę też z nim się położyć. Pukam się w czoło. Obiecuję, że jutro pogadamy…

– Ty zła matko!

Jestem poza światami – jeszcze w puszczy ale już w poniedziałku. Chce mi się jeść ale bardziej spać. Została bułka na stole i jakieś słowa, z których wykluwa się awantura – nie mam siły mówić. Mogę tylko sobie poprzeklinać, ale krótko bo boli mnie już głowa. Zasypiam. To cudowne, zasypianie jak początek umierania.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: